::: SKŁAD A.D. 2009 ::: Od momentu, gdy napisano dotychczasowe charakterystyki poszczególnych członków Klangu, minęło sporo czasu; był to czas przemian i rozwoju. W ciągu paru ostatnich lat skład zespołu znacznie się poszerzył, co szczególnie cieszy producentów dzianiny w rozmiarach od XXL w górę. Jeśli zachowamy dotychczasową tendencję, to staniemy się żyłą złota. Dla producentów odzieży ciążowej (i bynajmniej nie chodzi tu o matki, żony i kochanki
:-)
:::
Sławomir Gołąb Slavi vel Dżołąbi Nasz Capo Di Tutti Capi, nasz bacik i nasz kręgosłup - niestety, nie - moralny. Choć jego postawa niesie jednak swoiste przesłanie: "jeśli będziesz niegrzeczny, brzydko się bawił i jadł byle co, to będziesz tak wyglądał". Sławek to chodząca sprzeczność. Już na początku istnienia zespołu wykorzystał przewagę jaką daje mu relacja nauczyciel - uczeń, przejął pakiet większościowy w zespole i objął władzę. Paradoksem jest, że zrobił to nie - jak na uczciwego polityka przystało - dla partykularnych korzyści, ale po to, by mordować się z nieokiełznaną bandą gołowąsów jaką byliśmy, tłuc swoje kolejna auta po całej Polsce i płacić horrendalne rachunki za telefon komórkowy... Niedawno zdecydował sprawdzić się w prawdziwej polityce, zasiadając w Radzie Miasta. Teraz nikt nie powie że nie został ostrzeżony.
Podobnie jak Ozzy Osbourne Sławek z nieokiełznanego scenicznego autokraty prywatnie przedzierzga się w potulnego męża i przykładnego ojca. Zdarzało się, że przychodząc do niego w odwiedziny otwierał nam jakiś pan w rozciągniętym swetrze i rozdeptanych pantoflach który dopiero przytaczając tylko nam znane detale wspólnego życiorysu żywiołowo przekonywał nas że jednak nie pomyliliśmy adresu. Na co dzień w domowym zaciszu wydłubuje ze zdobytych w antykwarycznych polowaniach śpiewników co większe zagwozdki, żeby po raz kolejny udowodnić nam jak niewiele potrafimy.
:::
Krzysztof Delikat Kris To co robi mówi samo za siebie. To na nim ogniskuje się chwała, wypracowana w pocie czoła przez cały zespół i nasze zazdrosne spojrzenia gdy lgną do niego miliony fanek. To jemu przypada lukier z pączka popularności i to do niego po występie podchodzą nawróceni sceptycy kiwający z uznaniem głowami: "nie wiedziałem że tak można", "ale dałeś czadu", "mój syn kiedyś też będzie jak ty". Bas. Emiter fal akustycznych dalekosiężnych niczym afrykański tam tam. Wykorzystuje najniższe, atawistyczne instynkty, oddziałuje bezpośrednio na receptory dobrego samopoczucia, jeśli nie rozkoszy... Z premedytacją i lubością wykorzystuje też wizerunek zblazowanego outsidera stojącego trochę z boku, z mikrofonem przyklejonym gdzieś między górną wargą a listkiem nosowym. Spoglądając w te cieplutkie, rozmarzone oczka, z łatwością można dostrzec nieudolnie maskowane poczucie wyższości. Bas? Żaden tam znowu bas. Baryton co najwyżej (najniżej raczej). Po prostu - wylosował kiedyś krótszą zapałkę. Miał chłopak szczęście. To przy nim akustycy przypominają sobie że na konsolecie istnieje pokrętło z napisem "low". Bez tego pokrętła - nie istnieje. Produkt marketingu i zaawansowanej aparatury nagłośnieniowej. Ale to się nie liczy. Liczy się efekt. Pieprzone public relations.
::: Paweł Delikat Pablo To że nieudolnie lansuje się na konferansjera, nie pamiętając często tytułów piosenek i zawalając kolejność - jeszcze można by mu wybaczyć. Ostatecznie taki ożywczy ferment wcale skutecznie chroni przed rutyną. To że jest wiecznym kontestatorem - też ujdzie, w końcu nie we wszystkim trzeba się zgadzać. Jednak najgorsze jest to co wyprawia podczas trwania utworu. Na nic setki godzin spędzonych na próbach. Na nic ustalenia, rokowania czy mają być dwa refreny czy jeden, czy zaczynamy unisono czy polifonicznie. Nie pomaga rozkładanie każdej frazy na pojedyncze nuty, nut na interpretację falową. W odstawkę idą wycyzelowane dynamiczne niuanse, wyszukane synkopy i interpolowane pauzy. Pablo cały ten ogrom pracy ma za nic! Musi zawsze coś dodać, coś upstrzyć, żeby tylko wybić się przed szereg! To już nie jest ferment! To fermentacja (której produkty mimowolnie, ach nie bez pewnej masochistycznej przyjemności spożywamy)! Zespół musi być jak palce jednej ręki, a Paweł najwyraźniej stanowi kontrabandę przemyconą z DRUGIEJ ręki! Ręka z sześcioma palcami trafia się niezwykle rzadko. Nie chcąc jednak być posądzonym o dyskryminowanie anomalii genetycznych, nie decydujemy się na amputację. Tym bardziej że przecież sześć palców u muzyka, otwiera szerokie spektrum zupełnie nowych możliwości...
::: Przemysław Burek Buri vel Cobra vel Łokietek vel Listonosz Przemek to urodzony odkrywca. Co i rusz dzieli się z nami nowo zdobytą wiedzą na różne życiowe tematy. Robi to wywołując zwykle falę nieskrywanego entuzjazmu - szczególnie że zwykle jest to wiedza ogólnodostępna. Zdarza mu się na przykład nie wiedzieć gdzie aktualnie znajduje się jego gitara (akurat na środku sceny, pod kapiącymi woskiem świecami który to wosk skutecznie zakleja struny). Odkrycie tego faktu w momencie rozpoczęcia recitalu na jednym ze znaczniejszych festiwali przeszło - jak na odkrywcę przystało - do historii.
Przemek to także emisariusz działalności charytatywnej. Od niepamiętnych już czasów wydziela w naszym rodzinnym mieście działeczkę darmowego grogu. "Działeczka" może niezbyt wiernie oddaje ilość trunku. Trzymając się terminologii rolniczej bardziej na miejscu byłby może zagonek, skibka lub bruzdeczka... W każdym bądź razie od ładnych kilkudziesięciu lat w okolicy nie stwierdzono przypadków szkorbutu. Warto jeszcze wspomnieć że najmocniejszym atutem Przemkowego repertuaru są piersi... kurczaka w cieście naleśnikowym przyrządzane nam na drogę przez jego żonę - Martę, oraz polędwica wędzona na drewnie liściastym, której sława dawno przekroczyła granice województwa.
::: Łukasz Skowroński Scovron (Scovron The Great lub The Great Scovron) Jak sam pisze na łamach Szantymaniaka - na dzień dzisiejszy nie domaga się pomnika. Gdyby jednak znalazł się fundator, mamy prawo sądzić że Łukasz zgodziłby się na wystawienie mu popiersia, posągu czy statui, nie wziąwszy za to ani grosza. Podobnym altruizmem wykazuje się w kontaktach z płcią przeciwną. Nie chcąc jej pozbawiać dobrodziejstw obcowania ze sobą, nie poświęca się jednej-li tylko pani, prowadząc niemalże pustelniczy żywot pozostając w stanie wolnym.
Jeżeli chodzi o dokonania artystyczne - jego wysublimowane poczucie smaku przejawia się w dojrzałym minimalizmie, któremu kibicuje wąskie i pieczołowicie selekcjonowane grono koneserów. Nie zmienia to jednak faktu że piorunujący efekt wywiera Scovron na szarą masę tłumu, nieświadomego mechanizmu który nim zawładnął. Geniusz estetyki prostoty doprowadza do spazmów zachwytu nad hipnotyzującym "pa-pa-pa tu-tu-tu" śpiewanym z żelazną, wdzierającą się w mózg konsekwencją, ciągle na jednym, ulubionym dźwięku: dis. Jedyna aranżacyjna dowolność na jaką sobie pozwala to znaczące chrząkanie (z lekka, dla efektu, choć nie można tu mówić o efekciarstwie - co to to nie!). Podsumowując: tanim chwytom mówi - precz! Jak już cierpieć - to za miliony!
::: Mirek Po prostu - Mirek To właśnie ten człowiek poprawił nam statystyki. Od jego przyjścia do zespołu możemy wreszcie śmiało powiedzieć że jedna trzecia klangu to muzycy. Podobnie obniżyła się nam (statystycznie) średnia wieku, który to fakt zaczyna nabierać coraz większego znaczenia, jeśli nadal chcemy pozostać młodym i dobrze się zapowiadającym zespołem. O ile w kwestii dobrego zapowiadania wznosimy się na wyżyny konferansjerki, o tyle humoru nie poprawia nam wiedza o tym, jak bardzo mylące są wszelkie statystyki i że tak zwane grupy reprezentatywne to zwykła ściema, manipulacja danymi i element propagandowy. Nie mniej - świeża krew przydaje się szczególnie w sytuacji gdy przywykli do zakupów na przygodnych stacjach benzynowych, zapominamy o niezbędniku szantymena zawierającym: termos z herbatą, chusteczki podróżne, spis repertuaru, tabletki do ssania kojące nadwyrężone gardło, agrafkę... oraz najważniejsze: fiolkę aspiryny do walki z "zespołem dnia drugiego". Wadą posiadania w zespole takiego kolegi jest bolesne i ciągłe uświadamianie sobie jak daleką drogę mamy już ZA sobą i jak bardzo zmieniły nam się priorytety od momentu gdy byliśmy jak on - piękni i... piękni.
::: Łukasz Pawłowski Gaveu - twierdzenie Alberta Einsteina, iż we wszechświecie nie ma żadnej stałej wartości świadczy tylko o tym, że Albert Einstein nie znał Gawła. Jeżeli nie śpi, to z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można założyć, że Gaweł siedzi w tawernie. Już nawet listonosze przyzwyczaili się, żeby ignorować adres zameldowania wskazany na oficjalnej korespondencji i wszelkie przesyłki bezbłędnie kierują na adres: "Tawerna, stolik na lewo od baru, krzesło na skraju". Jedyny człowiek, który siłą woli przewyższa nawet hinduskich joginów. Oni potrafili co najwyżej wprowadzić się w trans skutkujący spowolnieniem metabolizmu, ale żaden z nich nie był w stanie uczynić z wizyty w knajpie potrzeby fizjologicznej. Watykańskie lobby wytwórców alkoholu czyni aktualnie starania w kierunku bezprecedensowej beatyfikacji Gawła za życia i zaliczenie go w poczet błogosławionych jako patrona browarnictwa.
